Moje makijażowe hity. Jak ograniczyłam liczbę kosmetyków?

Categories Kosmetyki, Polecane

Na początku tego wpisu postąpię brutalnie – czas spojrzeć prawdzie w oczy! Prawda jest bowiem taka, że gdybym zdecydowała się stworzyć taki post jakieś trzy lata temu, prawdopodobnie kolejne trzy lata upłynęłyby zanim zdążylibyście go przeczytać. Równie dobrze mogłabym zatytułować go Wyznania Byłej Kosmetykoholiczki. Serio. Nadal jestem makijażowym freakiem i uwielbiam testować różnego rodzaju nowości, ale moja kosmetyczka jest dzisiaj zdecydowanie mniej wypchana niż jeszcze jakiś czas temu. Ten niechlubny stan rzeczy powodowany był nie tylko tym, że uwielbiam pielęgnować dziewczyńską stronę mojej  natury i pomagać swojej urodzie kolorowymi kosmetykami, ale też tym, że dostawałam kupę kosmetyków w prezencie. To prezentowe źródełko już na szczęście wyschło, a ja w międzyczasie dojrzałam i dzisiaj zdecydowanie wolę mieć kosmetyczkę stosunkowo ubogą, ale za to zaufaną. W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam zaprezentować kilka genialnych produktów, które totalnie podbiły moje serce, nie mają wad i ochoczo będę je rekomendować każdej zainteresowanej. Nie jest to co prawda całość mojej makijażowej rodzinki  od upiększania, ale za to są to zdecydowanie najbardziej uhonorowani jej członkowie, którzy to jako jedynie zasługują na stuprocentowe zaufanie. Zapraszam!

wibo,million dollar lips,pomadka,pomadka matowa,pomadka w płynie,kredka, golden rose

USTA

Pozwolę sobie zacząć od ust, bo ten element makijażu po prostu uwielbiam. Jeszcze niedawno pomadki stanowił lwią część mojej kosmetyczki, a ich kolory potrafiły przyprawić o ból głowy. Może to i fajnie mieć inną pomadkę na każdy dzień roku, jednak w moim przypadku problem był taki, że kompletnie nie miałam ochoty korzystać z posiadanej ferii barw i praktycznie cały czas sięgałam po te same kolory.

Dlatego dzisiaj, chociaż niektórym pewnie wyda się to bez sensu, wybieram pomadki kolorystycznie bardzo do siebie zbliżone, głównie – chłodne, jasne róże i odcienie nude najczęściej matowe. Widzę między nimi subtelne różnice, a delikatne, różowawe kolory nie powodują, że mój makijaż wygląda tęczowo. Żadna ze mnie specjalistka od analizy kolorystycznej, ale wydaje mi się, że w kwestii pomadek dobrze jest mieć jeden, idealnie pasujący do typu urody kolor i wokół nieco oscylować w codziennym makijażu. Unikniemy chaosu, a wszelkie kontrowersyjne kolory jak fuksje i czerwienie można zostawić na wielkie wyjścia.

Aktualne debeściaki w tej kwestii to:
  1. Wibo, Million Dollar Lips nr 05 i 01 – dwa chłodne, matowe róże – 01 jest odrobinę ciemniejszy. Piękne wykończenie, śmiesznie niska cena. Są praktycznie nie do zdarcia i żadne kawy, drożdżówki ani całuski im nie straszne. Dostępne w Rossmannach za ok.11 zł.
  2. Wibo, konturówka z serii Nude nr 02 – piękny, lekko brązowy odcień nude. Walory jak wyżej. Dostępna w Rossmanie za ok. 8 zł.
  3. Golden Rose, matowa pomadka w kredce, nr 10. Idealny, delikatny, dziewczęcy róż. Dostępna na stoiskach Golden Rose za ok. 11 zł.

hd, liquid coverage, catrice, podkład

TWARZ

Podkład z Catrice to temat rzeka  – nawet mój post na INSTAGRAMIE, który z powodu braku przymiotu instagramowego fejma nie dotarł do zbyt dużej ilości osób, zebrał całkiem pokaźne grono sprzecznych komentarzy.

Ten podkład albo się kocha albo nienawidzi. Ja zdecydowanie jestem w tej pierwszej grupie – podkład pięknie kryje, a przy tym wygląda naturalnie. Mój kolor – 001 delikatnie ciemnieje, ale w moim przypadku to nawet dobrze, bo oryginalnie jest dla mnie odrobinę za jasny.

Nie jestem za to fanką opakowania – może Wy mi powiecie o co chodzi z tą pipetą i dlaczego wszyscy się nią tak zachwycają?! Moim zdaniem ani to ładne, ani wygodne. Choć ogólnie – mimo pipety – opakowanie wygląda bardzo estetycznie, jest również ciężkie i nijak nie pasuje do podróżnej kosmetyczki. Efekt jest jednak wart pewnych ustępstw.

Wiele dziewczyn ma jednak po nim masę skórnych problemów, więc jeśli takowe zauważycie, jak najszybciej go odstawcie. U mnie sprawdza się genialnie i nie szkodzi absolutnie, ale TAKIE filmy na YT nakazują zachować ostrożność.

Jeśli mimo to postanowicie zaryzykować, dostępny jest w Hebe, Naturach i prawie wszystkich drogeriach internetowych za ok. 30 zł.

Bronzery to również temat, który bardzo lubię. Dość długo bałam się tego typu produktów, aż w końcu odważyłam się na swoje pierwsze w życiu konturowanie i po obejrzeniu kilkunastu tutoriali na YouTube zadecydowałam – moja okrągła jak księżyc w pełni twarz tego potrzebuje! Od tego czasu stałam się bronzero-maniaczką. Wszelkie róże poszły w odstawkę i aktualnie nie posiadam ich w ogóle, ponieważ nie potrafią uczynić tego co bronzer. Kilka pociągnięć i jestem smukła. Proszę, nie negujcie mojego wyobrażenia na ten temat. 

Ten z NARS w kolorze Laguna to ideał z jedną wadą – ceną. Poza tym, że kosztuje ok. 150 zł w Sephorze, co jest ceną horrendalną (swój, zrządzeniem losu, wraz z kilkoma innymi kosmetykami tej marki, wygrałam w konkursie) to prawdziwe Ferrari wśród bronzerów. Ma idealny kolor – nie przesadnie chłodny, a mimo to idealny do konturowania. Jeśli nałożę go więcej, potrafi też magicznie ocieplić karnację i sprawić, że wyglądam na rześką i muśniętą słońcem. Jest supertrwały, perfekcyjnie matowy i zamknięty w pięknym, porządnym opakowaniu ze sporym lusterkiem. Uwielbiam go i z bólem serca patrzę jak każdego dnia go ubywa, bo szczerze wątpię, że z własnego budżetu pozwolę sobie na taki eksces.

bronzer-nars-laguna

nars,aguna,brow this way, rimmel, my secret,cienie,glam,shine

OCZY

Jeśli chodzi o makijaż brwi, od dłuższego czasu preferuję hennę. Z tego też powodu przy codziennym makijażu wystarczy mi kilka szybkich ruchów koloryzującym żelem do brwi – ten, którego używam aktualnie to Brow This Way z Rimmela. Niestety wybrałam zły kolor i następnym razem sięgnę zdecydowanie po chłodniejszy. Sam produkt, abstrahując od koloru jest natomiast bardzo fajny – przyciemnia, utrzymuje brwi w ryzach i optycznie je zagęszcza. Wpadka z kolorem to totalnie mea culpa.

Praktycznie zrezygnowałam z kredek i cieni do brwi na rzecz tego typu produktów – niestety nie mam rano ani czasu ani ochoty na precyzyjne wyrysowywanie brwi. Od czasu do czasu oczywiście nadal mi się do zdarza, ale na co dzień – wolę pospać 10 minut dłużej. Tym sposobem, ze względu na przewagę praktyczną żeli do brwi, pozbawiłam swoją kosmetyczkę cieni i kredek.

Pozostając w temacie cieni – od ponad dwóch lat mam jedną jedyną paletę cieni, o której przeczytacie za chwilę. W tym sezonie jednak przestała mi wystarczać – szczerze przyznaję, że chociaż rzadko poddaję się trendom ( a makijażowym to już w ogóle) totalnie uległam modzie na ciepłe kolory w makijażu oka. Nieskromnie też przyznam, że uważam, że do mojego typu urody i zielonych oczu po prostu się sprawdzają.

Cień, który serdecznie chciałabym Wam polecić to piękny, połyskujący, miedziany odcień brązu. Nie do końca wiem jak ten kolor opisać, ale jeśli lubicie ciepłe kolory – koniecznie sprawdźcie cień marki My Secret z serii Glam&Shine o numerze 7. Jest bardzo dobry jakościowo, na bazie wytrzymuje cały dzień i wygląda niesamowicie. Zebrał już kilka – albo i kilkanaście – komplementów i aktualnie jest moim totalnym ulubieńcem. Znajdziecie go w drogerii Natura za ok. 10 zł.

zoeva,naturally yours, cienie,paletka,nude

Prócz rudawego przyjemniaczka z My Secret od ponad dwóch lat posiadam mocno już zdezelowaną paletę Naturally Yours marki Zoeva. Więcej grzechów nie pamiętam.

Szczerze mówiąc, cienie do powiek ze wszystkich produktów do makijażu, kręcą mnie chyba najmniej. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta – nie do końca potrafię wykorzystać ich moc i jeśli już ich używam, tworzę makijaże na poziomie pięciolatka – jeden cień na górną powiekę, drugi na dolną. It’s done.

Poza tym, zużycie jednego cienia do powiek zajmuje całe wieki. Zużycie palety cieni do powiek uważam zaś za kompletnie niewykonalne – dlatego też mam jedną i ani mi się śni kupować kolejne. Odważę się też wysnuć teorię, że dziewczyny, które posiadają takich kilka lub kilkanaście, to już prawdziwe kolekcjonerki. W pełni je rozumiem – palety mają zazwyczaj piękne opakowania, a zamknięta w nich błyszcząca feeria barw kusi z daleka. Brak tutaj jednak waloru praktycznego, a ja jestem – wbrew pozorom- osobą całkiem praktyczną, która do kolekcjonowania czegokolwiek podchodzi raczej sceptycznie.

Poza tym, palety mają jeden zasadniczy minus – ciężko znaleźć paletkę skomponowaną tak, by podobał nam się każdy, pojedynczy cień. Zazwyczaj używamy na przykład pięciu lub sześciu, podczas gdy w paletkach jest po kilkanaście. Nie mam serca tak dyskryminować pozostałych, niczemu nie winnych, kolorów.

Wobec mojego sceptycznego podejścia do idei paletek, kompletnie nie planowałam kupować żadnej z nich. Aż do czasu wejścia na rynek palety Naturally Yours – pokochałam w niej każdy, pojedynczy kolor, a i cena wówczas była kusząca.

Cienie marki Zoeva to cienie idealne – są mocno napigmentowane, pięknie się rozcierają, są trwałe i superwydajne. Kolory to typowe nudziaki  – od jasnych brązów, poprzez połyskujące odcienie złoto – rude, aż po ciemne brązy  i czerń. Zamknięta jest w kartonowym, ale bardzo porządnym opakowaniu i jedyne do czego mogłabym się ewentualnie przyczepić, to brak lusterka. Moja paletkowa one and onlyKupicie ją w wielu internetowych drogeriach za ok. 100 zł.

make up forever, baza pod tusz

Patrząc na to zdjęcie pewnie myślicie, że coś mi się pomyliło – biała maskara, serio ?

No dobra, to było słabe. Pewnie każdy (oprócz mojego chłopaka) domyślił się, że to baza pod tusz. Zanim uznacie, że to tylko zbędny gadżet i nikt normalny nie potrzebuje czegoś takiego jak baza pod tusz, zapoznajcie się z poniższymi akapitami. Do czasu naszego szczęśliwego spotkania, też tak uważałam.

Fakt jest taki. że ta baza rozwiązała wszystkie moje problemy z rozmaitymi maskarami. A było ich wiele. Mam bardzo krótkie rzęsy (chociaż jest ich całkiem sporo), a dodatkowo – głęboko osadzone oczy. Taki mix zwiastuje katastrofę – każdy tusz odbijał się na górnej powiece, a żeby osiągnąć minimalny efekt wydłużenia musiałam codziennie rano machać szczoteczką jak opętana i uważać przy tym, żeby nie kolnąć się w oko.

Dzięki temu produktowi żaden tusz – nawet najtańszy – nie raczy się odbijać ani kruszyć. Dodatkowo pięknie pogrubia rzęsy, a nawet w tak ekstremalnym przypadku jak mój, delikatnie je wydłuża. Najbardziej jednak wdzięczna jestem jej za to, że mogę teraz kupować najzwyczajniejszy tusz do rzęs za 10 zł, a ona gwarantuje mi, że będzie wyglądał pięknie i nie będzie się kruszył. Produkt totalnie ułatwiający życie, bardzo wydajny i pozwalający zaoszczędzić na tuszach.

Baza jest marki Make up For Ever i kupiłam ją w TK MAXX za ok. 40 zł.

***

I to w zasadzie byłoby na tyle. Mówiłam, że szału ilościowego aktualnie u mnie brak!

Napiszcie mi koniecznie czy znacie któryś z tych produktów – a może macie na ich temat zdanie zupełnie odmienne i uważacie je za buble?

A tak na marginesie, pisząc tego posta uświadomiłam sobie ile pieniędzy kiedyś wydawałam na kosmetyki i jak mocno ograniczyłam to wydawanie w ostatnim czasie. Sądzę, że mogłabym przedstawić sposoby na oszczędzanie na kosmetykach w osobnym wpisie.

Co Wy na to ?

Moc uścisków,

e.

  • Joanna Kołodziejska

    Jestem za sposobami na oszczędzanie!
    No i oczywiście jak zobaczyłam tą bazę pod tusz to się lekko zdziwiłam cóż to, także nie tylko Kuba :<
    Podkładem z Catrice mnie już zaraziłaś, pomadkami z Wibo też, czas chyba tą bazę wypróbować, może i moim rzęsom pomoże!

    A ten żel do brwi Rimmela lepszy od tego z Catrice? Może następnym razem też wypróbuję.

    Buziaki Ems :*

    • Chyba nie lepszy, ale są 3 kolorki do wyboru, a Catrice tylko jeden : ) Ale wszystkie żele tego typu moim zdaniem są spoko, bardzo podobne 🙂 A bazą sądzę, ze byłabyś zachwycona!
      Buźki :*