Nie godzę się na takie Święta!

Categories Lifestyle, Polecane
pierniki świąteczne

pierniki świąteczne

Kiedy listopad się kończy, kwiczę z radości. Kiedyś nie znosiłam wiosennych miesięcy, bo miałam wrażenie, że w maju wszyscy poczuwają się do obowiązku bycia szczęśliwym. Nawet jeśli akurat kompletnie nie masz ochoty, musisz się radować. Bo jest maj. Bo wszystko budzi się do życia. Oprócz ciebie. Bo w maju MUSISZ być szczęśliwym.  Dzisiaj, kiedy jestem pesymistką odrobinę mniejszą aniżeli jeszcze kilka lat temu, niechęć do wymuszonych, wiosennych porywów optymizmu nieco mi przeszła. Akceptuję je, choć nie poczuwam się do zbiorowych fascynacji miesiącami wiosennymi i jeśli akurat w maju mam ochotę poużalać się trochę nad swoim losem, zrobię to choćby maj uparcie sypał mi kwiaty jaśminowca na głowę. Nieustająco  natomiast nie akceptujemy się z listopadem – i odczuwam ogromną radość, kiedy w końcu odchodzi i zamienia się w pachnący cynamonem i goździkami grudzień. Tylko… coś z tym grudniem jest ostatnio nie tak. Z grudniem, ze Świętami, z całą tą przedświąteczną otoczką z choinek i pierogów. Wiesz co?

Na Facebooku jest całkiem sporo grup dla blogerów – jestem w kilku z nich, choć z powodu braku czasu oraz braku żądzy popularności, średnio się tam udzielam. Niemniej, przeglądam co publikują koledzy po fachu. Ostatnio głównym tematem są wpisy pod tytułem jak przetrwać święta. Początkowo nie wzbudziło to moich podejrzeń i pomyślałam sobie, że chodzi bardziej o to jak objeść się makowcem, pierogami i sernikiem i nie pęknąć dnia następnego. Potem przeczytałam kilka tych wpisów. Mówiąc w skrócie, nie chodzi o serniki. 

Zaczęłam zatem zdawać sobie sprawę, że chociaż wszyscy Święta kochamy, to dla wielu osób faktycznie stanowić mogą one okres nie tyle magiczny, co problematyczny. A potem  miałam dość nieprzyjemną rozmowę z kimś, kto również ma niemały problem z Bożym Narodzeniem.  Ten ktoś ma w domu rodzinnym dość skomplikowaną sytuację i każdy wyjazd tam wiąże się z całym ogromem negatywnych emocji. W zasadzie nic niezwykłego – prawie każdy z nas zna kogoś, kto żyje sprzecznie z oczekiwaniami swojej rodziny. I niestety, ale Święta to idealna okazja, aby poruszyć wszystkie tematy, które na co dzień są przemilczane. Bo jesteśmy wszyscy. Bo kiedy się znowu spotkamy w takim składzie i będzie okazja, aby POROZMAWIAĆ ?

Jeśli faktycznie będzie to tylko rozmowa, to pół biedy. Istnieje jednak ryzyko, że rozmowa przerodzi się w coś więcej. I że te wszystkie barszcze, pierogi i makowce będą niemym świadkiem czegoś naprawdę nieprzyjemnego. Tuż po przełamaniu się opłatkiem i życzeniu sobie wszy-stkie-go naj-lep-sze-go. Najlepszego – tylko dla kogo?

Nie oszukujmy się. Każdy to zna.

Singielka – a gdzie twój kawaler?

Jest kawaler- a kiedy ślub?

Jest ślub – a kiedy dziecko?

Jest dziecko – a czemu tylko jedno?

Czy da się znieść te pytania z uśmiechem na twarzy? Najlepiej w ogóle byłoby nie poruszać takich tematów – obawiam się jednak, że w całej rzeszy polskich domów jest to niemożliwe.

Co zatem zrobić, jeśli w przerwie między przegryzaniem sałatki jarzynowej lub ryby po grecku, pojawią się niewygodne pytania? Odpowiedź jest chyba tylko jedna – zrozumieć się nawzajem. Spróbować przetłumaczyć sobie, że ta wścibska ciotka wcale nie chce źle – ona naprawdę nie rozumie jak w wielu dwudziestu pięciu lat nadal można być samemu, bo ona w tym wieku miała trójkę dzieci i drugiego męża. Spróbować zrozumieć, że dziadkowie naprawdę ciężko znoszą fakt posiadania jednego wnuka, bo słodyczy w szafce wystarczy jeszcze dla co najmniej trójki. Zrozumieć, że rodzice naprawdę mogą obawiać się, że brak obrączki oznacza brak uczucia.

Proste? Trudne jak cholera. Być może nawet niewykonalne. Ale może warto spróbować uwierzyć w to, że w Święta przecież zdarzają się cuda.

Nie godzę się na to wszystko. Nie godzę się na Święta, podczas których niecodzienny fakt bycia razem schodzi na drugi plan. Kiedy świąteczna magia zamienia się w świąteczny przymus.

Kiedy łamiemy się opłatkiem, zamiast przełamać w sobie wszystkie urazy.

Kiedy biegamy jak szaleni wokół gara z parującymi pierogami, bo 10 minut spóźnienia sprawi przecież, że w tym roku Pan Jezus postanowi zrobić psikusa i się nie urodzić.

Kiedy w ten uroczysty dzień przyodziewamy stary fartuch, żeby nie pochlapać świątecznej koszuli barszczem czerwonym.

Kiedy jest nam przykro, że niesforny Mikołaj przyniósł coś innego, aniżeli było w liście.

Nie jestem pewna, ale chyba nie o to chodzi.

***

Nie chciałabym, abyście zrozumieli mnie źle. Uwielbiam Święta. Uwielbiam być ze swoją rodziną, bo jesteśmy szalenie rozstrzeleni po świecie i Boże Narodzenie to jedna z niewielu okazji, kiedy jesteśmy naprawdę razem. Nawet jeśli kosztem tego śpimy na materacach i stoimy w kolejce do łazienki 15 minut następnego dnia rano. Uwielbiam wszystkie polskie tradycje, barszcz uszkami mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację i wolę polskie pastorałki od Mariah Carey w stroju sexy Mikołajki.

Bardzo martwi mnie jednak skala zjawiska pod tytułem jak przetrwać święta. I w ogóle – słowo przetrwanie w kontekście najpiękniejszego okresu w roku.

Życzę Wam, abyście te święta przeżyli, a nie przetrwali. Dużo miłości i zrozumienia. Spokoju, odpoczynku i empatii. Zrozumienia.

Mądrze przeżytych Świąt, Drogi Czytelniku.

e.

  • Joanna Kołodziejska

    Zakochałam się w tym poście <3 Tyle pięknych słów!

  • Tomek Lipok

    Świetny wpis, bardzo pozytywny 🙂

  • Sandra Kurzawa

    Fajne podeszlas do tematu. Czyta sie ciekawie. Niestety na rodzinnych spotkaniach zawsze beda tego typu pytania. Widzimy sie zadko a jak juz to na krotko. Trzeba wiec szybko uaktualnic dane a wtedy wielu czesto zapomina o byciu taktownym.