Październikowe zauroczenia #2017

Categories Kosmetyki, Lifestyle, Polecane, Zauroczenia

Kasia Tusk make photography easier

Zawsze mam problem z napisaniem kilku pierwszych zdań zauroczeń. Czuję taką podskórną potrzebę zainspirowania Was do kliknięcia czytaj dalej, do zaintrygowania, do zachęcenia poznania kilku rewelacyjnych rzeczy, które umilały mi całe poprzedni miesiąc. Tymczasem w praktyce najczęściej wygląda tak, że w tym miejscu narzekam na to jak szybko minął mi poprzedni miesiąc, jak beznadziejna jest pogoda i generalnie, że życie jest ciężkie, a ja malutka. Tym sposobem raczej za daleko nie dojdę – a zauroczenia to przecież taka pozytywna seria! Zanim stracę wątek i rozpiszę się nie na temat, zapraszam Was zatem do zapoznania się z kilkoma fan-ta-sty-cz-ny-mi rzeczami, które odkryłam całkiem niedawno i które chciałabym serdecznie polecić. Dziś bez narzekania. Just for fun. Chodźcie, poniżej co nieco o super książce, kilku kosmetykach i  całej masie rewelacyjnej muzyki!

Muzyka
Kortez, Mój Dom
Mikromusic Tak mi się nie chce
Jessie Ware Glasshouse

Ostatni miesiąc przyniósł miłą odmianę w muzycznej sferze mojego życia – po miesiącach posuchy,  jestem w pełni usatysfakcjonowana! Ostatnie tygodnie obfitowały w kilka niesamowitych muzycznych premier, a aplikacja Tidal, do której dostęp otrzymałam przy przedłużaniu umowy z operatorem, uświetnia moje dojazdy do pracy i sprawia, że codziennie mam dobre pół godziny na posłuchanie czegoś nowego. Kontynuując myśl zawartą w poprzednim, obrzydliwie długim zdaniu, polecić chciałabym Wam nową płytę Korteza Mój Dom, Mikromusic Tak mi się nie chce oraz moją absolutną miłość – album Glasshouse Jessie Ware.

Album Korteza jest moim zdaniem totalnie kortezowaty. I przez to fantastyczny.  Jeśli podobały Wam się jego poprzednie płyty, ta z pewnością również przypadnie Wam do gustu. Mnie szczególnie zachwyciła ta piosenka:

Mikromusic słucham namiętnie od czasów liceum i sądzę, że spokojnie zasługuję na miano wiernej fanki. Głos Natalii uwielbiam i w zasadzie nawet, gdyby pracowała w Radiu Maryja, słuchałabym jej z pełnym zaangażowaniem. Nowe dziecko Micromusic, czyli utwór Tak mi się nie chce to po prostu… nie znoszę tego określenia, ale to po prostu PETARDA. Rzadko brakuje mi słów, ale kompozycja TEJ  piosenki z TYM teledyskiem po prostu odjęła mi mowę. I zmusiła do refleksji na temat pozycji kobiety w tym, zdawałoby się sfeminizowanym świecie. Obejrzyjcie koniecznie, teledysk miażdży. Dzięki za podesłanie, Agata!

Na koniec zostawiłam moją towarzyszkę tramwajowych podróży z tego tygodnia, przez którą zdarzyło mi się zapomnieć, gdzie jadę #typowyejms

Przed Wami Jessie Ware, co do której zawsze miałam uczucia raczej mieszane, a w tym miesiącu poważnie zastanawiałam się jak mogłam wcześniej żyć bez jej muzyki. Szczególnie upodobałam sobie utwory True Believers i Sam, który opowiada o … przygotowaniu do macierzyństwa. Mój chłopak, kiedy odkrył, że słucham piosenki o zostawaniu matką, noszę mom jeans ( o których niżej),  a do kina ciągnę go na film Mother, nabrał pewnych podejrzeń. Uznajmy jednak, że motyw matki w moim życiu jest całkiem przypadkowy, a z płytą Jessie warto zapoznać się nie tylko ze względu na osobiste teksty – całość jest rewelacyjna! Fanom spokojnej, nostalgicznej muzyki z pewnością przypadnie do gustu.

kasia tusk make photography easier
Książki
Katarzyna Tusk, Make Photograhpy Easier

Fakt, że kompletnie nie mam czasu na spokojne oddawanie się lekturze,  jest jedną z sytuacji, z którą nie potrafię się pogodzić. Nie przestaję zatem dokupować nowych pozycji, które leżą sobie spokojnie na moim nocnym stoliku i czekają na lepsze czasy. Lepsze czasy, optymistycznie zakładając, nadejdą gdy rzucę pracę, napiszę magisterkę, stracę wszystkich znajomych i przestaną paskudnie boleć mnie oczy, ponieważ codziennie narażone są na zdecydowanie zbyt długi kontakt z tabelami w Excelu. Stąd też, przypadkiem nie jest to, że chciałabym Wam polecić książkę, w której tekstu nie ma za dużo. Są za to zdjęcia. I to jakie!

Bloga Kasi Tusk obserwuję od bardzo dawna. Jej stylizacje czasami podobają mi się mniej, czasami bardziej, ale jedno się nie zmienia – przepiękne, absolutnie zachwycające i niezwykle klimatyczne fotografie. W książce Kasia dzieli się swoimi – zazwyczaj niezbyt skomplikowanymi i możliwymi do powtórzenia – trikami na to, jak sprawić, by każde nasze zdjęcie miało swój klimat i nie było kolejnym, smarfonowym jpg-iem, który za chwilę wyląduje w koszu. Takie podejście bardzo mi się podoba!

Być może zauważyłyście, że zdjęcia z dzisiejszego posta są nieco bardziej ambitne niż poprzednie z zauroczeniowych postów. Zainspirowałam się, co tu dużo mówić!

Za poradnik chciałabym serdecznie podziękować moim Koleżankom, które dokładnie wiedzą co przyda się początkującej blogerce.

ulubieńcy miesiąca emikol

bez makro

Kosmetyki
Maska do Włosów Kallos Aloe
Krem do twarzy na dzień z serii Elixir Jeunesse

Maski Kallosa nigdy nie wzbudzały we mnie ekscytacji. Irytują mnie te ogromne, litrowe opakowania, na których używanie skazane jesteśmy do końca swoich dni, ale przede wszystkim – uważam, że nie mają w swojej ofercie masek kompatybilnych z włosami wysokoporowatymi. Stąd też, każda przygoda z Kallosem kończyła się rozczarowaniem –  do czasu. W październiku postanowiłam być wspaniałomyślna i dać Kallosowi smutnie stojącemu na łazienkowej półce ostatnią szansę. Muszę przyznać – wykorzystał ją.

Ta maska z aloesem mocno nawilża włosy, a przede wszystkim, co dla mnie bardzo istotne, dociąża je i poskramia puszenie. Dodatkowo jest wydajna, pięknie pachnie i Bogu dzięki – można ją dorwać w mniejszym, 250 -mililitrowym opakowaniu, które i tak wystarcza na bardzo długo (swojej zaczęłam używać jeszcze latem). Sprawia, że moje włosy wyglądają po prostu lepiej i ten efekt widoczny jest tak naprawdę tuż po użyciu.

Naprawdę dobry produkt, do którego z przyjemnością wrócę w przyszłości, tym bardziej że kosztuje zawrotne 6 zł. Dostaniecie go np: w Hebe.

kallos aloesowy

Serię Elixir Jeunesse otrzymałam od marki Yves Rocher już jakiś czas temu i muszę przyznać, że początkowo ten krem nie wzbudził mojej sympatii, toteż nie znalazł swojego miejsca w poprzednich zauroczeniach.

Irytował mnie zapach i nie widziałam żadnych efektów jego stosowania – teraz natomiast wiem, że jest to produkt, któremu zdecydowanie należy dać czas na rozkręcenie się. Po ponad miesiącu stosowania moja skóra po prostu go pokochała – jest pięknie nawilżona, napięta i gładka. Dodatkowo, po odstawieniu dość treściwego kremu z Miya (który też uwielbiam, wspominałam o nim TUTAJ) bardzo doceniłam fakt, że ten krem pozostawia matowe wykończenie. Odrobina matu nie zaszkodzi – aktualnie używam lekkiego, rozświetlającego podkładu, a przecież wiadomo, że największy nawet fan promiennej cery nie chce wyglądać jak Gwiazda Betlejemska.

To naprawdę dobry krem na dzień, stanowiący super bazę pod makijaż. Kosztuje ok. 100 zł i jest to cena jawnie wysoka, ale jak wspominałam już w TYM poście – nie ma co być nadgorliwym, w Yves Rocher jak nigdzie indziej warto czatować na promocje. Z pewnością uda Wam się go dorwać za ułamek tej ceny.

spodnie – Zara, sweterek i pasek – H&M oraz gwiazdy zdjęcia – kapcie owieczki ( z TkMaxx)
Moda
Mom jeans fit, Zara

Kiedy mom jeans pojawiły ponownie w sieciówkach, pomyślałam sobie  – no zgłupieli. Sztywne to, niepraktycznie i w dodatku z definicji służą do zaciągania po same pachy, bo tak imponująca wysokość stanu nie pozwala na nic innego. Sexy as hell. 

A jednak stało się. Mam i ja. Nigdy nie mów nigdy, Emilia! Kwestia mody i poszukiwania własnego stylu, w moim przypadku, jak widać, nadal pozostaje otwarta.

Swoje mom jeansy pokochałam za to, jaki kształt nadają mojej sylwetce oraz po części dlatego, że zwyczajnie znudziły mi się klasyczne rurki. Takie małe szaleństwo. Zaciągam je więc dumnie pod szyję i ubolewając nad brakiem elastanu, mam wrażenie, że wyglądam całkiem dobrze.

Blog
whiteplate.com by Eliza Mórawska-Kmita

Muszę Wam się do czegoś przyznać – nie mam zielonego pojęcia jak to się stało, że ja, osoba, która blogi czyta w każdej wolnej chwili do tej pory nie słyszałam o TYM blogu. No dobra, niech nie będzie tak dramatycznie –  słyszeć może i słyszałam – wspomniana już wyżej Kasia Tusk czasami w swoich wpisach wspomina o blogu Elizy Nazwa też obiła mi się o uszy już wcześniej. Nie mniej, wiem już jak wiele traciłam nie testując white plate’owych przepisów!

Do zgłębienia zakamarków strony Elizy, skłoniła mnie właśnie książka Kasi, która podaje ją jako przykład perfekcyjnych zdjęć kulinarnych. Nie sposób się z tym nie zgodzić, ale pozwolę sobie pominąć kwestie estetyczne, w przepisach Elizy zachwyca mnie przede wszystkim fakt, że pomimo niezwykłej efektowności wizualnej dań, do ich przygotowania zazwyczaj nie potrzebujemy żadnych dziwnych składników dostępnych tylko w Piotrze i Pawle za miliony monet. Mam już całą listę przepisów, które koniecznie będę chciała wypróbować!

Póki co, testowałam ziemniaczane kotlety ze szpinakiem i placuszki z serem ricotta. Zdecydowanie brnę w tę przygodę dalej.

Jeśli poszukujecie kulinarnych, zdrowych i niezwykle efektownych propozycji, co by było czym pochwalić się na Instagramie, koniecznie zajrzyjcie!

***

To by było na tyle. Chętnie poznam Wasze jesienne umilacze rzeczywistości, bo niestety, ale mimo że staram się być dzielna, momentami poddaję się jesiennej chandrze (czemu poniekąd upust dałam w TYM poście)

Jeśli nie mieliście okazji czytać poprzednich postów z zauroczeniami, a ten przypadł Wam do gustu, koniecznie nadróbcie zaległości – wystarczy kilknąć TUTAJ.

Zapraszam również do śledzenia mnie na Instagramie, gdzie czasami dodaję coś ładnego oraz na Facebooku, gdzie co prawda nie dzieje się za dużo, ale za to o nowych postach z Facebooka dowiesz się na przedzie!

Dobrego dnia!

e.

  • Piękne zdjęcia w wpisie. Nie kojarzę żadnej z rzeczy, niestety :/

  • Ola Tlałka

    Pierwszy raz jestem na Twoim blogu, jednak na pewno będę tu zaglądać. Bardzo podoba mi się wygląd posta, wszystko jest takie ładne i estetyczne. 🙂 Moim jesiennym umilaczem jest zdecydowanie świeca, książka i dobra herbata. 💞

    • Dziękuję za miłe słowa!
      Właśnie, herbata… Zdecydowanie powinnam była umieścić jakąś w tym poście 😀

  • Joanna Kołodziejska

    Może powinnam spróbować tą maskę na moje wiecznie napuszone włosy, skoro już nic nie pomaga :<
    Muzyki koniecznie posłucham w wolnej chwili i cieszę się bardzo, że książka przypadła do gustu <3
    Widzę, że mam też nowy kulinarny blog do odwiedzenia 😀 Na pewno zajrzę!
    Miłego dnia ;*

    • Pewnie, próbuj! Może akurat – tym bardziej, że cena jest zachęcająca : D
      Książka to super prezent < 3

  • booklicity

    Słyszałam dużo dobrego o tej książce Kasi Tusk i chyba się skuszę . A maski z Kallosa uwielbiam, aloesowa czeka na swoją kolej w szufladzie 🙂

    • Koniecznie wypróbuj tego Kallosa, mam nadzieję, że u Ciebie też się tak dobrze sprawdzi!
      A książka Kasi to prawdziwa kopalnia inspiracji 🙂

  • Widzę, że słuchamy podobnej muzyki. I Kortez, i Mikromusic chwytają mnie za serce od dobrych kilku tygodniu 🙂
    Polecam jeszcze przesłuchać Darii Zawiałow! 🙂

    • Darię też bardzo lubię – ostatnio wyszedł super Cover ‚ Jeszcze w zielone gramy’ 🙂