Wtorek, 10.10.2017, godzina 8.30. Idę do pracy, jak zwykle. Kroczę dumnie starówką, trochę mi zimno i marzę o gorącej kawie z mleczną pianką. Po prawej mijam Rossmanna. Nie jest on dzisiaj zwykłą drogerią – dla setek Torunianek podczas tego wtorkowego poranka jest on istną twierdzą, którą pragną zdobyć. Zapominam o czymś takim jak psychologia tłumu i nieśmiało, trochę z boku, staję w kolejce oczekującej na otwarcie – skoro one mogą dorwać te wszystkie wspaniałości, to ja też! Jestem nieco nieświadoma, że oto zaraz znajdę się w epicentrum armagedonu. Ostatecznie jednak, dołączam do tego tłumu kobiet głodnych wrażeń, wyposażonych w krwiożercze koszyki i masę niesympatycznych słów dla koleżanek, które również polują na Healthy Mix w odcieniu 52, jakby była to sprawa życia i śmierci. Brnę przez gawiedź. W biegu chwytam korektor, top coat i dwa pudry. Uciekam w popłochu. Po drodze dwa razy odbywam koszykiem i jestem bliska utraty wiatry w ludzkość. Przy kasie – kilometrowa kolejka. Dziewczyny wyciągają smartfony i fotografują kolejkę, piszą coś o Grażynach po czym dodają zdjęcia na instastory, zapominając przy tym, że same tę kolejkę tworzą. W końcu płacę – uff. Z jakiegoś powodu gratis dostaję skarpetki. Myślę sobie – no nieźle, chcą mnie skarpetami cwaniaki przekupić. A potem spoglądam na terminal i zamieram. Rachunek jest niepokojąco wysoki. Gdzie to moje – 55%, myślę sobie – przecież byłam grzeczna, ściągnęłam aplikację i zwycięsko wyszłam z Rossmann World War! Co poszło nie tak?!

Czytaj dalej "Rossmann Horror story, czyli (dla)czego nie warto kupować na promocji w Rossmannie"